Przygoda na Madagaskarze

Madagaskar w oczach większości turystów rysuje się jako egzotyczna, rajska kraina na końcu świata. W istocie jest to kraj bardzo egzotyczny, do którego wciąż nie docierają tłumy wycieczek zorganizowanych przez biura podróży. Infrastruktura, mimo nieustannego rozwoju, wciąż nie dorównuje innym, popularniejszym destynacjom turystycznym. Hotele przeznaczone dla zagranicznych turystów znajdują się głównie w okolicy parków narodowych i rezerwatów przyrody. Miasta, w dużej mierze, mają ograniczony dostęp do mediów. Wciąć zdarzają się przerwy w dostawie energii elektrycznej, a paliwo dostępne jest w ograniczonym stopniu. Stacje paliw znajdują się zazwyczaj przy wjeździe i wyjeździe z miasta. Zabudowania, poza głównymi ośrodkami miejskimi, mają charakter raczej prowizoryczny. Co za tym idzie, po pomoc medyczną trzeba się udać do jednego z największych miast na wyspie: Antananarywy, Toamasiny, Antsirabe, Fianarantsoy. Infrastruktura drogowa oczywiście istnieje, choć zazwyczaj jest to droga dwupasmowa łącząca główne ośrodki miejskie. Drogi są nieoświetlone i  prowadzą przez liczne na wyspie pola ryżowe oraz lasy i busz.  Przemierzając Madagaskar warto pamiętać o ograniczeniach, z którymi przyjdzie nam się tam spotkać.  

Jak to się zaczęło 

Jeżeli zdecydujemy się na korzystanie z usług turystycznych lokalnego biura podróży lub wynajmiemy samochód z kierowcą na wycieczkę po kraju, musimy przygotować się na to, że niekoniecznie porozmawiamy z nim w języku angielskim. Malgasze, w moim odczuciu, nie są zbyt dobrymi kierowcami. Podczas mojej wizyty wykończyli dwa samochody. Spalić sprzęgło nie jest łatwo – jednemu z nich się to jednak udało. Mimo ostrzegawczego zapachu wydobywającego się z pojazdu, kierowca kontynuował przez długi czas jazdę z wciśniętym sprzęgłem. Mimo że nie jestem doświadczonym kierowcą, zdawałem sobie sprawę z konsekwencji takiego sposobu prowadzenia samochodu. Wraz ze współpasażerami staraliśmy się uświadomić kierowcę i powstrzymać przed zniszczeniem pojazdu. Niestety nie udało nam się to. W pewnym momencie, na totalnym pustkowiu, samochód stanął.  

droga na madagaskarze

Wieczór w buszu 

Nie było szans byśmy ruszyli w dalszą drogę – o czym doskonale wiedzieliśmy. Leżący pod samochodem kierowca wraz z towarzyszącym mu kolegą udawali, że naprawiają pojazd. Lokalny przewodnik, ze spokojem na twarzy, przyglądał się im. Uparcie wierzył, że za chwilę będzie po wszystkim i ruszymy w kierunku naszego oddalonego o 80 km hotelu. W związku z położeniem blisko równika, na Madagaskarze ściemnia się około godziny 18. Przyglądając się działaniom naszej ekipy, zdałem sobie sprawę z tego, że prawdopodobnie gdzieś pośrodku pól ryżowych zastanie nas zmierzch.  Trzeba było się na to przygotować, ściągnąć bagaże z dachu pojazdu i zabezpieczyć latarki.

Zrobiło się niebezpiecznie

Kiedy zachodzące słońce widocznie zaskoczyło lokalnego przewodnika i kierowcę, na ich twarzach zaczęła pojawiać się panika. Chyba żaden, znający madagaskarskie realia, mieszkaniec wyspy nie chciałby się znaleźć z „bogatymi białymi”  pośrodku pustkowia w środku afrykańskiej nocy. Wiedzieli, że grupa Europejczyków może kusić potencjalnych przestępców do zatrzymania się i „udzielenia niezbędnej pomocy”. Kiedy do przewodnika dotarło, że sytuacja robi się już średnio-bezpieczna, a pojazdu nie poruszy nawet cud, postanowił działać. Po upływie 2 godzin na pustkowiu złapał stopa i pojechał do najbliższego, oddalonego o 25 km niewielkiego miasteczka w celu zorganizowania zastępczego środka transportu. Zrobiło się już „całkiem wesoło”. Nastała równikowa noc. Jedynymi źródłami światła stały się latarki, gwiazdy i księżyc. Nasz kierowca, widocznie smutny, błądził wokół zepsutego pojazdu ze spuszczoną głową.  Minęła kolejna godzina. Straciłem już poczucie czasu. W totalnej ciemności w miejscu, z którego jedyną drogą ucieczki są niekończące się pola ryżowe i gęsty busz zaczęły nachodzić mnie różne, niekoniecznie pozytywne myśli.  „A co jeśli nas napadną? Przecież nie mamy jak się bronić”. Telefon do Konsulatu w RPA nie odpowiadał. Na szczęście udało się wykonać telefon na domowy numer Konsula. Wiedzieliśmy, że nam nie pomoże, ale trzeba było kogoś poinformować o naszej sytuacji i położeniu. Nie byliśmy pewni, czy nasz lokalny przewodnik wróci i czy ktoś nam pomoże. Nie było szans, by przejść nieoświetloną drogą kilkadziesiąt kilometrów do najbliższych domostw. Nie była to zbyt ruchliwa droga, więc jedynie od czasu do czasu mijał nas jakiś pojazd. Każdy zwalniający samochód budził obawy. Wreszcie jeden pojazd się zatrzymał. Z samochodu wyszedł mężczyzna, który zaczął rozmowę z naszym kierowcą. Pomyślałem, że to może być niedobry znak. Mówili po malgasku. Nikt z nas ich nie rozumiał. Pocieszające było, że podróżował prawdopodobnie z rodziną.  

Czy Oni są uzbrojeni?

Po kolejnej chwili zaczął się zbliżać do nas niewielki motocykl. Kiedy był już w zasięgu wzroku, zauważyłem, że na motorze siedzi dwóch mężczyzn z zawieszonymi na plecach karabinami. Ręce mimowolnie zaczęły mi drżeć. Zastanawiałem się, co za chwilę może się wydarzyć. Nagle rozmawiający panowie zmienili język na francuski. Jeden z członków naszej niewielkiej grupki wytłumaczył, że panowie przyjechali nas chronić, bo droga po zmroku nie jest bezpiecznym miejscem dla białych turystów.  Czułem się nieswojo w towarzystwie uzbrojonych, nieznajomych ludzi.  Nagle pojawił się kolejny pojazd, który oświetlił nas silnymi światłami drogowymi. Przez głowę przeszła mi myśl, że zbierają się wokół nas niekoniecznie w dobrych zamiarach. Nagle od strony miasteczka nadjeżdżać zaczęły dwa większe pojazdy. Zbliżały się do nas z dużą prędkością. Nerwowo rozglądając się dookoła, szukałem drogi ucieczki.  

Wszystko dobrze się skończyło 

Na szczęście okazało się, że to nasz przewodnik zorganizował dla nas zastępczy transport. I w taki sposób, szczęśliwym trafem, po kilku godzinach ruszyliśmy w kierunku hotelu położonego w środku równikowego lasu. Jeden z uzbrojonych mężczyzn jechał z nami. Okazało się, że wezwał ich szef żandarmerii, podróżujący z rodziną pierwszym samochodem,  który się przy nas zatrzymał. Martwiła go nasza sytuacja i nasze bezpieczeństwo. Panowie odeskortowali nas do hotelu. Byłem bezpieczny. Cała  przygoda nauczyła mnie kierowania się większym zaufaniem wobec mieszkańców biedniejszych państw. Sytuacja mogła zakończyć się źle, jednak dzięki bezinteresownej pomocy mieszkańców małego miasteczka wszystko dobrze się skończyło.  

0 komentarzy:

Dodaj komentarz

Chcesz się przyłączyć do dyskusji?
Feel free to contribute!

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.